Po skończeniu roboty z mopem, z którym się poniekąd zdążyłam zaprzyjaźnić,
jak stwierdził Don, dostałam kolejne zlecenie. Wiedziałam, że łatwo nie będzie,
ale to już było lekkie przegięcie! Don mianowicie zażyczył sobie gigantycznych
ciastek z cukierni, gdzieś osiem przecznic dalej. Jakby tego było mało, miałam
się po nie kopsnąć właśnie teraz, w największy ruch i to w pół godziny tam i z
powrotem, co moim zdaniem było praktycznie niewykonalne. Ramiona opadły mi aż
do podłogi i popatrzyłam smętnie na mojego szefa. Niestety moje szczenięce oczy
dawały radę jedynie z moim tatą i czasami starszym bratem. Tutaj jakoś traciły
na swojej mocy. Don tylko wziął się pod boki, zaśmiał nieco złośliwie i kopnął
mnie w tyłek na odchodnym. Gdy wlokłam się już po schodach studia, patrząc na
istny miejski busz, usłyszałam za sobą wołanie Dona:
- Tylko pamiętaj, pół godziny, bo głodni jesteśmy! Dla Tori z lukrem
truskawkowym, dla mnie z czekoladą, dla Rebecki czarna kawa, dla Noah z
budyniem waniliowym, a dla Roy'a z kokosem!
Odwróciłam się do niego i zasalutowałam luzacko z minął męczennicy.
- Się robi szefie.- krzyknęłam w odpowiedzi i ruszyłam żwawym krokiem do ich
ulubionej cukierni " Coco". Nie wiedzieć czemu ciągle myślałam, o
zamówieniu Roy'a. Zakodowałam sobie w głowie, że lubi kokosy. Tak na wszelki
wypadek. Bo może kiedyś......Shirley ty idiotko, do kwadratu, rusz dupę, a nie
myśl, że coś gdzieś kiedyś! A Roy może i jest przystojny i ma taki cudny głos i
te jego oczy, a widziałaś usta? Maaaaaaaatko, ale on ma piękne usta.
Rozmarzyłam się na całego, w ogóle nie myśląc gdzie idę. Nagle walnęłam o coś
twardego i dużego, tak mocno, że wylądowałam na tyłku, całkowicie
zdezorientowana.
- Ej, kobieto, co ty odstawiasz?- zapytał lekko poirytowany głos, gdzieś
nade mną. Popatrzyłam tam, choć słońce świeciło mi prosto w oczy. Nade mną stał
jakiś chłopak, ja wiem?, gdzieś mniej więcej w moim cholernym wieku. Pomógł mi
wstać i wtedy, stojąc tuż koło niego stwierdziłam, że na pewni jest starszy.
Był wysoki, przystojny, no ale jak zdążyłam zauważyć, w tym mieście mieszkają
tylko sami piękni ludzie. Znieczuliłam się więc, na wygląd, bo tutaj nad
każdym, łącznie z żulami, można by się pozachwycać.
- Przepraszam, ja tylko..........zamyśliłam się i, no tak: zamyśliłam się.
Przepraszam. Nic ci nie jest? - byłam lekko powiedziawszy nie do końca sobą.
Wiedziałam, że robię z siebie idiotyczną idiotkę, ale jakoś nie szło mi
myślenie.
- Ty się mnie pytasz, czy nic mi nie jest? To nie ja przed chwilą, leżałem
jak długi na tej brudnej ulicy, nie wiedząc gdzie jestem.- żachnął się
chłopak.- Także, sorry, ale pozwól, że ja zapytam się ciebie, czy wszystko gra,
bo wybacz, ale nie wygląda. No, chyba, że u ciebie tak zawsze....- zauważyłam,
że dużo mówi. Zwykle to ja byłam, tą od podtrzymywania rozmów, gdy wszyscy
milkli. A tu proszę, mój męski odpowiednik, który daje radę mnie zagadać!
Stwierdziłam, że już go lubię.
- No i teraz się jeszcze tak dziwnie uśmiechasz! Boję się! Zaraz się na mnie
rzucisz, tak? Okej, okej, ale daj mi się przygotować. Taki dramatyzm. Kiedyś
chodziłem na kółko teatralne, dopóki, nie odkryto, że nauczycielka na każdych
zajęciach była na haju. Fajna była, ale może dlatego, że naćpana.....Jestem
Mike.- wyciągnął do mnie dużą dłoń.
- Shirley.- potrząsnęłam nią zamaszyście.
- To gdzie idziesz?- spytał Mike.- Bo gdzieś na pewno.
- Do cukierni "Coco".
- Lubisz słodycze?
-Raczej mój szef i jego pracownicy.
- Twój szef wysyła ciebie w środku dnia po ciastka dla niego? Norma. Ale, że
idziesz też po coś dla pracowników? Nie-norma. To, że tak to ujmę: Kim ty
jesteś?- zapytał zaciekawiony. Nawet nie zauważyłam jak ruszyliśmy razem w moją
stronę, choć Mike przecież szedł zupełnie w innym kierunku, gdy na niego
wpadłam.
- Jestem stażystką w studio tatuażu Black Ink Tattoo.- odpowiedziałam.
- Aaaaaaa, u Dona? Spoko gość. Ciągle do nas wpada na wódkę z sokiem
ananasowym. Ty też czasem przyjdź, jeśli masz ochotę. Nasz pub "
Elephant" to ten, który dopiero co otworzyli, zaraz koło waszego studia.
- Elephant? -spytałam ironicznie się uśmiechając.
- No taaaaaaaaaak, Nikt nie wie, dlaczego akurat tak się nazywa, a nie na
przykład Duck czy Monkey.- Mike wzruszył ramionami.
- Może od tej piosenki Tame Impala?- spytałam.
- Od czego?- spytał rozbawiony.
-Taki zespół. Rock psychodeliczny? Nie kojarzysz?
- Ani trochę, ale to da się nadrobić... No i jesteśmy. - Mike przystanął.
Nawet nie zauważyłam kiedy znaleźliśmy się pod wielkimi, oszklonymi drzwiami
gigantycznej cukierni "Coco". Mike przeprowadził mnie przez ten dziki
tłum praktycznie bezboleśnie. Byłam mu wdzięczna. Dozgonnie. Jak te trzy
pluszowe zielone maskotki kosmitów z Toy Story, które przyczepiły się do
tego ziemniaka i ciągle powtarzały: " Dozgonna wdzięczność".
Weszliśmy do środka, a ja zrobiłam zakupy. Przez chwilę musiałam główkować nad
tym, jakie ciastko chciał Roy.
Potem wyszliśmy i ruszyliśmy znów razem w drogę powrotną. Mike kupił wielkie
waniliowe ciacho z czekoladową posypką. Jedliśmy je na spółkę po drodze,
dziobiąc je jak kury. Przez cały czas rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak starzy
dobrzy kumple z podwórka. Chłopak zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że
nie jestem na żadnej diecie i jem wszystko, na co mam ochotę.
- Ale jak to? No przecież, ale że....jesteś taka no-dukał, przyglądając mi
się.
- No co? Dziewczyna chyba może jeść co chce i nie mieć wyrzutów sumienia.-
Zostało nam jeszcze z pół ciacha, więc wzięłam wielki kawał i wsadziłam go
ostentacyjnie do ust. Pogryzłam go i z trudem przełknęłam, tyle sobie
nawaliłam. Mike patrzył na mnie z rozdziawionymi ustami. Mrugnęłam do niego
zadziornie. Czasami opłacało się mieć szaleńczo szybką przemianę materii.
Doszliśmy w końcu do drzwi studia. Nie wiedzieć czemu zrobiło się
nieco niezręcznie. Mike uśmiechnął się do mnie promiennie i podsunął resztę
ciastka. Wzięłam je od niego odwzajemniając uśmiech.
- To tego, ja już chyba pójdę. Miło było cię spotkać Shirley. Jakby co to
zawsze możesz mnie spotkać w "Elephant". Mam nadzieję, że się jeszcze
zobaczymy.-wydukał w końcu.
- Ej, wpadnę na pewno. Jak mogłabym nie zrewanżować się, za to ciacho?-
Upssss, dwuznaczny tekst. Nie chciałam, ale wyszło fajnie. Mike zaśmiał się
cicho, wsadzając dłonie w kieszenie.
- No to na razie!- pożegnał się Mike.
- No, tylko pamiętaj, żeby przygotować się z whiskey, bo jestem ostrą zawodniczką!-
krzyknęłam za nim, na co on parskną śmiechem i pokręcił z rozbawieniem głową.
Zanim zniknął za zakrętem posłał mi szelmowskie perskie oko.
Nucąc pod nosem weszłam do studia. Było tu zimno. Ach, zbawcza klimatyzacja!
Podniosłam wzrok. Don już na mnie czekał. Nie miał za ciekawej miny. Wyglądał
jakby wypił przeterminowany rok jogurt pitny. Popatrzyłam na zegar. Spóźniłam
się! O dwie minuty!
- Przepraszam, że się spóźniłam.-powiedziałam, patrząc na swoje buty. Don
podszedł do mnie.
- Słonko, wiesz, tu nie chodzi o to ile szłaś, ale z kim -powiedział surowo.
- Och, ja no nie wiedziałam. Wpadłam na niego i jakoś tak wyszło, że Mike
poszedł ze mną i no tego....mam ciastka i kawę.-poczułam jak się czerwienię.
- Na przyszłość, żeby była jasność. Żadnych amorów podczas pracy. Tu czy
nawet jakbym cię wysłał na Księżyc, jasne?- powiedział, siląc się na groźny
ton, choć już słyszałam, że zaczyna się śmiać. - A tak w ogóle, to Mike jest
całkiem spoko, tylko żebyście się nie migdalili na moich oczach.- Don parsknął
śmiechem. Musiałam mieć genialną minę. Co? Ja? Mike? Nieeeeeeeeeee. Podniosłam
oczy, żeby zaprotestować. Moje spojrzenie pochwyciło wzrok Roy'a, który z
nieodgadnioną miną stał z tyłu opary o framugę drzwi do toalety dla personelu.
No i pięknie. Teraz to już mam przesrane na całej linii! A myślałam, że
może ja i Roy. Roy i ja. A, w sumie to nieważne...
Do końca dnia wciąż byłam popychadłem Dona. Robiłam wszystkie głupie rzeczy.
Wszystko, co szef każe, jasne, jasne.
Wieczorem, gdy zbierałam się do wyjścia podeszła do mnie Tori. Nie wiedzieć
kiedy zdążyła się przebrać w krwistoczerwoną króciuteńka sukienkę na
skomplikowanych ramiączkach i czarne szpilki, wysokie do nieba. Uśmiechnęła się
do mnie ciemnoczerwonymi wargami.
- Shirley, wiesz idę dzisiaj z m o i m nowym chłopakiem do pubu Elephant-
krzyknęła głośno, żeby usłyszał ją pewien cholerny niedowiarek- i pomyślałam
sobie, że może zabrałabyś się z nami, co? -spytała.
Zdziwiłam się. Byłam zmęczona i ubrana w zwykłe jeansy, koszulkę i trampki,
przez co przy odpicowanej Tori wyglądałam co najmniej żałośnie.
- No nie wiem...- powiedziałam przygryzając wargę.
- Oj, nie daj się prosić! Będzie Mike...-dodała niby to od niechcenia. Na
jej słowa poczerwieniałam i zazgrzytałam zębami. Widząc moją agresywną reakcję
Tori szybko dodała:
Okej, okej. Nieważne. Mike jest nieważny. Spoko załapałam. To jak? Idziesz?-
popatrzyłam na nią uważnie.
- Zaciągniesz mnie tam nawet jeśli się nie zgodzę?- spytałam podejrzliwie.
-Oczywiście!- odpowiedziała wesoło. Nie było wyjścia. Westchnęłam,
zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam za Tori ze studia.
________________________________________
Hej ludziska. Upał masakryczny. Mój komputer ledwo chodzi. Nic mi się nie chce, wszyscy gdzieś wyjechali..... Wakacje! Jupiiiiiiiiiiii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz