Uwaga!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Elephant znaczy Mike

Po skończeniu roboty z mopem, z którym się poniekąd zdążyłam zaprzyjaźnić, jak stwierdził Don, dostałam kolejne zlecenie. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale to już było lekkie przegięcie! Don mianowicie zażyczył sobie gigantycznych ciastek z cukierni, gdzieś osiem przecznic dalej. Jakby tego było mało, miałam się po nie kopsnąć właśnie teraz, w największy ruch i to w pół godziny tam i z powrotem, co moim zdaniem było praktycznie niewykonalne. Ramiona opadły mi aż do podłogi i popatrzyłam smętnie na mojego szefa. Niestety moje szczenięce oczy dawały radę jedynie z moim tatą i czasami starszym bratem. Tutaj jakoś traciły na swojej mocy. Don tylko wziął się pod boki, zaśmiał nieco złośliwie i kopnął mnie w tyłek na odchodnym. Gdy wlokłam się już po schodach studia, patrząc na istny miejski busz, usłyszałam za sobą wołanie Dona:
- Tylko pamiętaj, pół godziny, bo głodni jesteśmy! Dla Tori z lukrem truskawkowym, dla mnie z czekoladą, dla Rebecki czarna kawa, dla Noah z budyniem waniliowym, a dla Roy'a z kokosem!
Odwróciłam się do niego i zasalutowałam luzacko z minął męczennicy.
- Się robi szefie.- krzyknęłam w odpowiedzi i ruszyłam żwawym krokiem do ich ulubionej cukierni " Coco". Nie wiedzieć czemu ciągle myślałam, o zamówieniu Roy'a. Zakodowałam sobie w głowie, że lubi kokosy. Tak na wszelki wypadek. Bo może kiedyś......Shirley ty idiotko, do kwadratu, rusz dupę, a nie myśl, że coś gdzieś kiedyś! A Roy może i jest przystojny i ma taki cudny głos i te jego oczy, a widziałaś usta? Maaaaaaaatko, ale on ma piękne usta. Rozmarzyłam się na całego, w ogóle nie myśląc gdzie idę. Nagle walnęłam o coś twardego i dużego, tak mocno, że wylądowałam na tyłku, całkowicie zdezorientowana.
- Ej, kobieto, co ty odstawiasz?- zapytał lekko poirytowany głos, gdzieś nade mną. Popatrzyłam tam, choć słońce świeciło mi prosto w oczy. Nade mną stał jakiś chłopak, ja wiem?, gdzieś mniej więcej w moim cholernym wieku. Pomógł mi wstać i wtedy, stojąc tuż koło niego stwierdziłam, że na pewni jest starszy. Był wysoki, przystojny, no ale jak zdążyłam zauważyć, w tym mieście mieszkają tylko sami piękni ludzie. Znieczuliłam się więc, na wygląd, bo tutaj nad każdym, łącznie z żulami, można by się pozachwycać.
- Przepraszam, ja tylko..........zamyśliłam się i, no tak: zamyśliłam się. Przepraszam. Nic ci nie jest? - byłam lekko powiedziawszy nie do końca sobą. Wiedziałam, że robię z siebie idiotyczną idiotkę, ale jakoś nie szło mi myślenie.
- Ty się mnie pytasz, czy nic mi nie jest? To nie ja przed chwilą, leżałem jak długi na tej brudnej ulicy, nie wiedząc gdzie jestem.- żachnął się chłopak.- Także, sorry, ale pozwól, że ja zapytam się ciebie, czy wszystko gra, bo wybacz, ale nie wygląda. No, chyba, że u ciebie tak zawsze....- zauważyłam, że dużo mówi. Zwykle to ja byłam, tą od podtrzymywania rozmów, gdy wszyscy milkli. A tu proszę, mój męski odpowiednik, który daje radę mnie zagadać! Stwierdziłam, że już go lubię.
- No i teraz się jeszcze tak dziwnie uśmiechasz! Boję się! Zaraz się na mnie rzucisz, tak? Okej, okej, ale daj mi się przygotować. Taki dramatyzm. Kiedyś chodziłem na kółko teatralne, dopóki, nie odkryto, że nauczycielka na każdych zajęciach była na haju. Fajna była, ale może dlatego, że naćpana.....Jestem Mike.- wyciągnął do mnie dużą dłoń.
- Shirley.- potrząsnęłam nią zamaszyście.
- To gdzie idziesz?- spytał Mike.- Bo gdzieś na pewno.
- Do cukierni "Coco".
- Lubisz słodycze?
-Raczej mój szef i jego pracownicy.
- Twój szef wysyła ciebie w środku dnia po ciastka dla niego? Norma. Ale, że idziesz też po coś dla pracowników? Nie-norma. To, że tak to ujmę: Kim ty jesteś?- zapytał zaciekawiony. Nawet nie zauważyłam jak ruszyliśmy razem w moją stronę, choć Mike przecież szedł zupełnie w innym kierunku, gdy na niego wpadłam.
- Jestem stażystką w studio tatuażu Black Ink Tattoo.- odpowiedziałam.
- Aaaaaaa, u Dona? Spoko gość. Ciągle do nas wpada na wódkę z sokiem ananasowym. Ty też czasem przyjdź, jeśli masz ochotę. Nasz pub " Elephant" to ten, który dopiero co otworzyli, zaraz koło waszego studia.
- Elephant? -spytałam ironicznie się uśmiechając.
- No taaaaaaaaaak, Nikt nie wie, dlaczego akurat tak się nazywa, a nie na przykład Duck czy Monkey.- Mike wzruszył ramionami.
- Może od tej piosenki Tame Impala?- spytałam.
- Od czego?- spytał rozbawiony.
-Taki zespół. Rock psychodeliczny? Nie kojarzysz?
- Ani trochę, ale to da się nadrobić... No i jesteśmy. - Mike przystanął.
Nawet nie zauważyłam kiedy znaleźliśmy się pod wielkimi, oszklonymi drzwiami gigantycznej cukierni "Coco". Mike przeprowadził mnie przez ten dziki tłum praktycznie bezboleśnie. Byłam mu wdzięczna. Dozgonnie. Jak te trzy pluszowe zielone maskotki kosmitów z  Toy Story, które przyczepiły się do tego ziemniaka i ciągle powtarzały: " Dozgonna wdzięczność". Weszliśmy do środka, a ja zrobiłam zakupy. Przez chwilę musiałam główkować nad tym, jakie ciastko chciał Roy.
Potem wyszliśmy i ruszyliśmy znów razem w drogę powrotną. Mike kupił wielkie waniliowe ciacho z czekoladową posypką. Jedliśmy je na spółkę po drodze, dziobiąc je jak kury. Przez cały czas rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak starzy dobrzy kumple z podwórka. Chłopak zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że nie jestem na żadnej diecie i jem wszystko, na co mam ochotę.
- Ale jak to? No przecież, ale że....jesteś taka no-dukał, przyglądając mi się.
- No co? Dziewczyna chyba może jeść co chce i nie mieć wyrzutów sumienia.- Zostało nam jeszcze z pół ciacha, więc wzięłam wielki kawał i wsadziłam go ostentacyjnie do ust. Pogryzłam go i  z trudem przełknęłam, tyle sobie nawaliłam. Mike patrzył na mnie z rozdziawionymi ustami. Mrugnęłam do niego zadziornie. Czasami opłacało się mieć szaleńczo szybką przemianę materii.
Doszliśmy w końcu do drzwi studia.  Nie wiedzieć czemu zrobiło się nieco niezręcznie. Mike uśmiechnął się do mnie promiennie i podsunął resztę ciastka. Wzięłam je od niego odwzajemniając uśmiech.
- To tego, ja już chyba pójdę. Miło było cię spotkać Shirley. Jakby co to zawsze możesz mnie spotkać w "Elephant". Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.-wydukał w końcu.
- Ej, wpadnę na pewno. Jak mogłabym nie zrewanżować się, za to ciacho?- Upssss, dwuznaczny tekst. Nie chciałam, ale wyszło fajnie. Mike zaśmiał się cicho, wsadzając dłonie w kieszenie.
- No to na razie!- pożegnał się Mike.
- No, tylko pamiętaj, żeby przygotować się z whiskey, bo jestem ostrą zawodniczką!- krzyknęłam za nim, na co on parskną śmiechem i pokręcił z rozbawieniem głową. Zanim zniknął za zakrętem posłał mi szelmowskie perskie oko.
Nucąc pod nosem weszłam do studia. Było tu zimno. Ach, zbawcza klimatyzacja! Podniosłam wzrok. Don już na mnie czekał. Nie miał za ciekawej miny. Wyglądał jakby wypił przeterminowany rok jogurt pitny. Popatrzyłam na zegar. Spóźniłam się! O dwie minuty!
- Przepraszam, że się spóźniłam.-powiedziałam, patrząc na swoje buty. Don podszedł do mnie.
- Słonko, wiesz, tu nie chodzi o to ile szłaś, ale z kim -powiedział surowo.
- Och, ja no nie wiedziałam. Wpadłam na niego i jakoś tak wyszło, że Mike poszedł ze mną i no tego....mam ciastka i kawę.-poczułam jak się czerwienię.
- Na przyszłość, żeby była jasność. Żadnych amorów podczas pracy. Tu czy nawet jakbym cię wysłał na Księżyc, jasne?- powiedział, siląc się na groźny ton, choć już słyszałam, że zaczyna się śmiać. - A tak w ogóle, to Mike jest całkiem spoko, tylko żebyście się nie migdalili na moich oczach.- Don parsknął śmiechem. Musiałam mieć genialną minę. Co? Ja? Mike? Nieeeeeeeeeee. Podniosłam oczy, żeby zaprotestować. Moje spojrzenie pochwyciło wzrok Roy'a, który z nieodgadnioną miną stał z tyłu opary o framugę drzwi do toalety dla personelu. No i pięknie. Teraz to już mam przesrane na całej linii!  A myślałam, że może ja i Roy. Roy i ja. A, w sumie to nieważne...
Do końca dnia wciąż byłam popychadłem Dona. Robiłam wszystkie głupie rzeczy. Wszystko, co szef każe, jasne, jasne.
Wieczorem, gdy zbierałam się do wyjścia podeszła do mnie Tori. Nie wiedzieć kiedy zdążyła się przebrać w krwistoczerwoną króciuteńka sukienkę na skomplikowanych ramiączkach i czarne szpilki, wysokie do nieba. Uśmiechnęła się do mnie ciemnoczerwonymi wargami.
- Shirley, wiesz idę dzisiaj z m o i m nowym chłopakiem do pubu Elephant- krzyknęła głośno, żeby usłyszał ją pewien cholerny niedowiarek- i pomyślałam sobie, że może zabrałabyś się z nami, co? -spytała.
Zdziwiłam się. Byłam zmęczona i ubrana w zwykłe jeansy, koszulkę i trampki, przez co przy odpicowanej Tori wyglądałam co najmniej żałośnie.
- No nie wiem...- powiedziałam przygryzając wargę.
- Oj, nie daj się prosić! Będzie Mike...-dodała niby to od niechcenia. Na jej słowa poczerwieniałam i zazgrzytałam zębami. Widząc moją agresywną reakcję Tori szybko dodała:
Okej, okej. Nieważne. Mike jest nieważny. Spoko załapałam. To jak? Idziesz?- popatrzyłam na nią uważnie.
- Zaciągniesz mnie tam nawet jeśli się nie zgodzę?- spytałam podejrzliwie.
-Oczywiście!- odpowiedziała wesoło. Nie było wyjścia. Westchnęłam, zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam za Tori ze studia.
________________________________________
Hej ludziska. Upał masakryczny. Mój komputer ledwo chodzi. Nic mi się nie chce, wszyscy gdzieś wyjechali..... Wakacje! Jupiiiiiiiiiiii.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz