Po skończeniu roboty z mopem, z którym się poniekąd zdążyłam zaprzyjaźnić,
jak stwierdził Don, dostałam kolejne zlecenie. Wiedziałam, że łatwo nie będzie,
ale to już było lekkie przegięcie! Don mianowicie zażyczył sobie gigantycznych
ciastek z cukierni, gdzieś osiem przecznic dalej. Jakby tego było mało, miałam
się po nie kopsnąć właśnie teraz, w największy ruch i to w pół godziny tam i z
powrotem, co moim zdaniem było praktycznie niewykonalne. Ramiona opadły mi aż
do podłogi i popatrzyłam smętnie na mojego szefa. Niestety moje szczenięce oczy
dawały radę jedynie z moim tatą i czasami starszym bratem. Tutaj jakoś traciły
na swojej mocy. Don tylko wziął się pod boki, zaśmiał nieco złośliwie i kopnął
mnie w tyłek na odchodnym. Gdy wlokłam się już po schodach studia, patrząc na
istny miejski busz, usłyszałam za sobą wołanie Dona:
- Tylko pamiętaj, pół godziny, bo głodni jesteśmy! Dla Tori z lukrem
truskawkowym, dla mnie z czekoladą, dla Rebecki czarna kawa, dla Noah z
budyniem waniliowym, a dla Roy'a z kokosem!
Odwróciłam się do niego i zasalutowałam luzacko z minął męczennicy.
- Się robi szefie.- krzyknęłam w odpowiedzi i ruszyłam żwawym krokiem do ich
ulubionej cukierni " Coco". Nie wiedzieć czemu ciągle myślałam, o
zamówieniu Roy'a. Zakodowałam sobie w głowie, że lubi kokosy. Tak na wszelki
wypadek. Bo może kiedyś......Shirley ty idiotko, do kwadratu, rusz dupę, a nie
myśl, że coś gdzieś kiedyś! A Roy może i jest przystojny i ma taki cudny głos i
te jego oczy, a widziałaś usta? Maaaaaaaatko, ale on ma piękne usta.
Rozmarzyłam się na całego, w ogóle nie myśląc gdzie idę. Nagle walnęłam o coś
twardego i dużego, tak mocno, że wylądowałam na tyłku, całkowicie
zdezorientowana.
- Ej, kobieto, co ty odstawiasz?- zapytał lekko poirytowany głos, gdzieś
nade mną. Popatrzyłam tam, choć słońce świeciło mi prosto w oczy. Nade mną stał
jakiś chłopak, ja wiem?, gdzieś mniej więcej w moim cholernym wieku. Pomógł mi
wstać i wtedy, stojąc tuż koło niego stwierdziłam, że na pewni jest starszy.
Był wysoki, przystojny, no ale jak zdążyłam zauważyć, w tym mieście mieszkają
tylko sami piękni ludzie. Znieczuliłam się więc, na wygląd, bo tutaj nad
każdym, łącznie z żulami, można by się pozachwycać.
- Przepraszam, ja tylko..........zamyśliłam się i, no tak: zamyśliłam się.
Przepraszam. Nic ci nie jest? - byłam lekko powiedziawszy nie do końca sobą.
Wiedziałam, że robię z siebie idiotyczną idiotkę, ale jakoś nie szło mi
myślenie.
- Ty się mnie pytasz, czy nic mi nie jest? To nie ja przed chwilą, leżałem
jak długi na tej brudnej ulicy, nie wiedząc gdzie jestem.- żachnął się
chłopak.- Także, sorry, ale pozwól, że ja zapytam się ciebie, czy wszystko gra,
bo wybacz, ale nie wygląda. No, chyba, że u ciebie tak zawsze....- zauważyłam,
że dużo mówi. Zwykle to ja byłam, tą od podtrzymywania rozmów, gdy wszyscy
milkli. A tu proszę, mój męski odpowiednik, który daje radę mnie zagadać!
Stwierdziłam, że już go lubię.
- No i teraz się jeszcze tak dziwnie uśmiechasz! Boję się! Zaraz się na mnie
rzucisz, tak? Okej, okej, ale daj mi się przygotować. Taki dramatyzm. Kiedyś
chodziłem na kółko teatralne, dopóki, nie odkryto, że nauczycielka na każdych
zajęciach była na haju. Fajna była, ale może dlatego, że naćpana.....Jestem
Mike.- wyciągnął do mnie dużą dłoń.
- Shirley.- potrząsnęłam nią zamaszyście.
- To gdzie idziesz?- spytał Mike.- Bo gdzieś na pewno.
- Do cukierni "Coco".
- Lubisz słodycze?
-Raczej mój szef i jego pracownicy.
- Twój szef wysyła ciebie w środku dnia po ciastka dla niego? Norma. Ale, że
idziesz też po coś dla pracowników? Nie-norma. To, że tak to ujmę: Kim ty
jesteś?- zapytał zaciekawiony. Nawet nie zauważyłam jak ruszyliśmy razem w moją
stronę, choć Mike przecież szedł zupełnie w innym kierunku, gdy na niego
wpadłam.
- Jestem stażystką w studio tatuażu Black Ink Tattoo.- odpowiedziałam.
- Aaaaaaa, u Dona? Spoko gość. Ciągle do nas wpada na wódkę z sokiem
ananasowym. Ty też czasem przyjdź, jeśli masz ochotę. Nasz pub "
Elephant" to ten, który dopiero co otworzyli, zaraz koło waszego studia.
- Elephant? -spytałam ironicznie się uśmiechając.
- No taaaaaaaaaak, Nikt nie wie, dlaczego akurat tak się nazywa, a nie na
przykład Duck czy Monkey.- Mike wzruszył ramionami.
- Może od tej piosenki Tame Impala?- spytałam.
- Od czego?- spytał rozbawiony.
-Taki zespół. Rock psychodeliczny? Nie kojarzysz?
- Ani trochę, ale to da się nadrobić... No i jesteśmy. - Mike przystanął.
Nawet nie zauważyłam kiedy znaleźliśmy się pod wielkimi, oszklonymi drzwiami
gigantycznej cukierni "Coco". Mike przeprowadził mnie przez ten dziki
tłum praktycznie bezboleśnie. Byłam mu wdzięczna. Dozgonnie. Jak te trzy
pluszowe zielone maskotki kosmitów z Toy Story, które przyczepiły się do
tego ziemniaka i ciągle powtarzały: " Dozgonna wdzięczność".
Weszliśmy do środka, a ja zrobiłam zakupy. Przez chwilę musiałam główkować nad
tym, jakie ciastko chciał Roy.
Potem wyszliśmy i ruszyliśmy znów razem w drogę powrotną. Mike kupił wielkie
waniliowe ciacho z czekoladową posypką. Jedliśmy je na spółkę po drodze,
dziobiąc je jak kury. Przez cały czas rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak starzy
dobrzy kumple z podwórka. Chłopak zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że
nie jestem na żadnej diecie i jem wszystko, na co mam ochotę.
- Ale jak to? No przecież, ale że....jesteś taka no-dukał, przyglądając mi
się.
- No co? Dziewczyna chyba może jeść co chce i nie mieć wyrzutów sumienia.-
Zostało nam jeszcze z pół ciacha, więc wzięłam wielki kawał i wsadziłam go
ostentacyjnie do ust. Pogryzłam go i z trudem przełknęłam, tyle sobie
nawaliłam. Mike patrzył na mnie z rozdziawionymi ustami. Mrugnęłam do niego
zadziornie. Czasami opłacało się mieć szaleńczo szybką przemianę materii.
Doszliśmy w końcu do drzwi studia. Nie wiedzieć czemu zrobiło się
nieco niezręcznie. Mike uśmiechnął się do mnie promiennie i podsunął resztę
ciastka. Wzięłam je od niego odwzajemniając uśmiech.
- To tego, ja już chyba pójdę. Miło było cię spotkać Shirley. Jakby co to
zawsze możesz mnie spotkać w "Elephant". Mam nadzieję, że się jeszcze
zobaczymy.-wydukał w końcu.
- Ej, wpadnę na pewno. Jak mogłabym nie zrewanżować się, za to ciacho?-
Upssss, dwuznaczny tekst. Nie chciałam, ale wyszło fajnie. Mike zaśmiał się
cicho, wsadzając dłonie w kieszenie.
- No to na razie!- pożegnał się Mike.
- No, tylko pamiętaj, żeby przygotować się z whiskey, bo jestem ostrą zawodniczką!-
krzyknęłam za nim, na co on parskną śmiechem i pokręcił z rozbawieniem głową.
Zanim zniknął za zakrętem posłał mi szelmowskie perskie oko.
Nucąc pod nosem weszłam do studia. Było tu zimno. Ach, zbawcza klimatyzacja!
Podniosłam wzrok. Don już na mnie czekał. Nie miał za ciekawej miny. Wyglądał
jakby wypił przeterminowany rok jogurt pitny. Popatrzyłam na zegar. Spóźniłam
się! O dwie minuty!
- Przepraszam, że się spóźniłam.-powiedziałam, patrząc na swoje buty. Don
podszedł do mnie.
- Słonko, wiesz, tu nie chodzi o to ile szłaś, ale z kim -powiedział surowo.
- Och, ja no nie wiedziałam. Wpadłam na niego i jakoś tak wyszło, że Mike
poszedł ze mną i no tego....mam ciastka i kawę.-poczułam jak się czerwienię.
- Na przyszłość, żeby była jasność. Żadnych amorów podczas pracy. Tu czy
nawet jakbym cię wysłał na Księżyc, jasne?- powiedział, siląc się na groźny
ton, choć już słyszałam, że zaczyna się śmiać. - A tak w ogóle, to Mike jest
całkiem spoko, tylko żebyście się nie migdalili na moich oczach.- Don parsknął
śmiechem. Musiałam mieć genialną minę. Co? Ja? Mike? Nieeeeeeeeeee. Podniosłam
oczy, żeby zaprotestować. Moje spojrzenie pochwyciło wzrok Roy'a, który z
nieodgadnioną miną stał z tyłu opary o framugę drzwi do toalety dla personelu.
No i pięknie. Teraz to już mam przesrane na całej linii! A myślałam, że
może ja i Roy. Roy i ja. A, w sumie to nieważne...
Do końca dnia wciąż byłam popychadłem Dona. Robiłam wszystkie głupie rzeczy.
Wszystko, co szef każe, jasne, jasne.
Wieczorem, gdy zbierałam się do wyjścia podeszła do mnie Tori. Nie wiedzieć
kiedy zdążyła się przebrać w krwistoczerwoną króciuteńka sukienkę na
skomplikowanych ramiączkach i czarne szpilki, wysokie do nieba. Uśmiechnęła się
do mnie ciemnoczerwonymi wargami.
- Shirley, wiesz idę dzisiaj z m o i m nowym chłopakiem do pubu Elephant-
krzyknęła głośno, żeby usłyszał ją pewien cholerny niedowiarek- i pomyślałam
sobie, że może zabrałabyś się z nami, co? -spytała.
Zdziwiłam się. Byłam zmęczona i ubrana w zwykłe jeansy, koszulkę i trampki,
przez co przy odpicowanej Tori wyglądałam co najmniej żałośnie.
- No nie wiem...- powiedziałam przygryzając wargę.
- Oj, nie daj się prosić! Będzie Mike...-dodała niby to od niechcenia. Na
jej słowa poczerwieniałam i zazgrzytałam zębami. Widząc moją agresywną reakcję
Tori szybko dodała:
Okej, okej. Nieważne. Mike jest nieważny. Spoko załapałam. To jak? Idziesz?-
popatrzyłam na nią uważnie.
- Zaciągniesz mnie tam nawet jeśli się nie zgodzę?- spytałam podejrzliwie.
-Oczywiście!- odpowiedziała wesoło. Nie było wyjścia. Westchnęłam,
zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam za Tori ze studia.
________________________________________
Hej ludziska. Upał masakryczny. Mój komputer ledwo chodzi. Nic mi się nie chce, wszyscy gdzieś wyjechali..... Wakacje! Jupiiiiiiiiiiii.
Uwaga!
poniedziałek, 7 lipca 2014
wtorek, 1 lipca 2014
Black Ink Tattoo
Poniedziałkowy
poranek Nowego Yorku. Cholera, nienawidzę poniedziałków. Biegłam rozpychając
się łokciami, w dzikiej furii człowieka prawie spóźnionego w pierwszy dzień
wymarzonego stażu. Nie miałam humoru. Najmniejszego. Byłam masakrycznie zła. Na
cały świat, a w szczególności na moją kuzynkę, która pozwoliła mi zaspać, bo w
nocy balowała i teraz leżała bez życia, nawalona do nieprzytomności, gdzieś u
jakiegoś kumpla brata jej chłopaka imieniem Bob. Bob też był poniekąd
pijany, co nie omieszkał mi oświadczyć, śpiewając przez telefon narodowy hymn
Rosji. Boże, skąd on go znał?
W biegu
spojrzałam na mój niezniszczalny zegarek, który lądował już chyba we wszystkich
możliwych substancjach. Podziwiałam jego wolę przetrwania. Na jego tarczy
odczytałam godzinę 7,55. Za pięć minut zostanę wylana na zbity pysk, zanim
jeszcze moja noga postanie w studiu. Genialne. Rekord Guinnessa w wylatywaniu z
roboty - Shirley Wilson. No, ja się chyba zabiję.
Nie patrząc
na ciąg pędzących aut, w przypływie gigantycznej desperacji, wbiegłam z rozpędu
na ulicę. Zostałam prawie potrącona przez dwie żółte królowe ulic Nowego Yorku
i to jednocześnie! Przebiegłam na drugą stronę, nawet się nie oglądając. Za
sobą usłyszałam serię przekleństw i wyzwisk jednego z taksówkarzy. Facet miał
fajny akcent, ale na tym jego " fajność" się skończyła. Pokazałam mu
na oślep środkowy palec. Trudno, najwyżej od dzisiaj nie będę mogła jeździć
taksówkami. W sumie, to lubię biegać. W takim razie.
Zziajana, spocona
i zapewne epicko czerwona na twarzy dopadłam wreszcie poręczy schodów,
wiodących do upragnionego przeze mnie miejsca. Po takim sprincie, przez dwie
dzielnice, tej dzikiej metropolii człowiek po prostu czuje, że ma astmę.
Dosłownie.
Popatrzyłam
na zegarek. Ooooooo tak, za dwie ósma. I kto tu jest górą? No kto? I wszyscy
razem: Shirley! Pozwoliłam sobie na szybki taniec szczęścia. Wcale nie
obchodzili mnie ci wszyscy ludzie na ulicy, którzy patrzyli się na mnie, gdy
podrygiwałam, jak porażona prądem podczas suszenia włosów na basenie.
Ogarnęłam
się szybko, zmierzwiłam jeszcze bardziej włosy i niemal w podskokach dopadłam
metalowej klamki w kształcie głowy ryczącego lwa. Podniosłam oczy do góry, na
dobrze widoczny, biały szyld napisany gotyckimi literami: Black Ink Tattoo.
Napis miał też neon. Odlot-pomyślałam. Wchodząc do studia tatuażu, o mało nie
posikałam się ze szczęścia.
W środku
przywitała mnie rock 'n' rollowa muzyka może z lat sześćdziesiątych.
Przesunęłam oczami po całym pomieszczeniu. Od razu mi się spodobało. Były tu
czarno-białe płytki z czerwonymi fugami, czarne ściany o chropowatej
powierzchni z licznymi dyplomami i kopiami starych zdjęć tatuażystów z białych
ramkach. Gdzieniegdzie ktoś nakleił na ściany, nieco krzywo, wielkie plakaty
wytatuowanych ludzi i plakaty modeli starych gitar elektrycznych. Pod jedną z
takich gitar stała długa sofa z czarnymi, skórzanymi poduchami i różową,
puchatą płachtą. Aż chciało się tam usiąść i nie wstawać.
Dopiero po
chwili zauważyłam, że ktoś mi się przygląda. Facet miał śniadą, nieco żółtawą
skórę, mnóstwo tatuaży, duże ciemne i podkrążone oczy oraz czarne wąsy. Był
wysoki i patrzył na mnie opierając się o duży kontuar z ciemnego drewna. Nieco
niepewnie podeszłam do niego.
- Ty to
pewnie ta chica na staż.-zagaił facet, nadal taksując mnie wzrokiem. Nazwał
mnie "chica". Nie uczyłam się hiszpańskiego, ale od razu wiedziałam
jakiej narodowości jest stojący przede mną gość.
- No tak, ja
do....- zaczęłam, ale facet przerwał mi machnięciem ręki.
- Si, si ty
do Dona. Espera un poco, dobra?- powiedział i nie czekając na odpowiedź,
oddalił się w głąb studia. Miał śmieszny, chybotliwy sposób chodzenia. Jak
kaczka, albo ja wiem, gęś?
Nie minęła
minuta, jak wrócił. Towarzyszył mu niski, korpulentny, łysy facet z wytatuowaną
całą czaszką. Na mój widok grubas rozłożył ręce jak ojciec i uśmiechną się
ukazując żółte zęby palacza.
- No i jest
moja stażysta!- krzyknął tubalnym głosem.- Idealnie. Nie za wcześnie. Nie za
późno. Już cię lubię.- odetchnęła z duchu z ulgą. Hahah, jasne, jasne. Gdyby
Don wiedział o moim biegu i taksówkach. No ale nie wiedział...
Mój szef
podszedł do mnie i uścisnął mi rękę. Miał grube, duże, ciepłe dłonie. Zupełnie
jak niedźwiadek-pomyślałam.
-
Chodź-powiedział zagarniając mnie ręką.-Poznam cię z ekipą. To jest Ben Rivas. -powiedział,
wskazując wolną ręką na tego Hiszpana od "chici". Wybacz mu
małomówność. Normalnie jest bardziej wygadany, ale wczoraj świętował otwarcie
nowego pubu, o tu za rogiem i no cóż, chyba przyrzekł sobie że spróbuje
wszystkich możliwych kombinacji drinków, jakie tam dają. Teraz męczy go oooooooogromny
kac, co nie Ben?- zażartował Don. Ben w odpowiedzi mruknął coś pod nosem po
hiszpańsku i odwrócił się do nas plecami. Don wzruszył ramionami i popchnął
mnie przed siebie w głąb studia.
Tamto
pomieszczenie było o wiele większe i przestronniejsze. Większość miejsca
zajmowały tu stanowiska pracy. W oczy rzuciło mi się jedno z różowym fotelem i
napisem z kryształków: Tori. Nikogo tu nie było. Nie licząc Dona i mnie.
- Ej,
ludzie, gdzie was wcięło?- krzyknął Don.- Na stanowiska, ale migiem!
Nagle
z pomieszczenia obok wysypała się cała banda kolorowych i nietuzinkowych
nowojorczyków. Śmiali się, żartowali. Jedna z dziewczyn o niebieskich,
krótkich kucykach chuchała ukrytkiem na paznokcie. Nie uszło to uwadze mojego
towarzysza.
- E, Tori,
co ja mówiłem o malowaniu paznokci w godzinach pracy?- Dziewczyna imieniem
Tori, przewróciła oczami i uśmiechnęła się przymilnie do swojego szefa.
- Oj, no weź
Don. Bądź człowiekiem.-powiedziała piskliwym, nosowym głosem.- Pierwszego do
dziarania mam dopiero na jedenastą, a dzisiaj wieczorem mam randkę...
-TY i
randka. Stara, jakbym cię nie znał, to może bym ci uwierzył, że idziesz na bingo
z babcią!- żachnął się jakiś ładny męski głos, gdzieś za wysoką dziewczyną,
ubraną od góry do dołu w skórzane, czarne fatałaszki. Rozległ się grupowy
śmiech. Tori z pomalowanymi paznokciami, wykrzywiła się tylko, do niewidocznego
dla mnie chłopaka i wróciła do dmuchania na lakier.
Dziewczyna z
długimi, brązowymi włosami o białych końcówkach, zarzuciła włosami jak modelka
na sesji zdjęciowej do Voyage.
- Don, to
nasza nowa stażystka? - spytała dziewczęcym, lekko sepleniącym głosem.
Zauważyłam, że miała dość dużą przerwę między górnymi jedynkami. Nie wiem
czemu, ale coś w jej pozie i w sposobie jaki na mnie patrzyła kazało mi ją
znienawidzić. Tak na dzień dobry. Pomyślałam, że z niej niezła suka.
- Acha.
Ludzie, to Shirley. Shirley, to ludzie.- przedstawił mnie Don. Zaległa głucha
cisza i zrobiło się dość niezręcznie.
- Eeeeee, no
hej, joł, siema, pokój, czy jak tam wolicie. Jestem tolerancyjna. -palnęłam
głupio. O dziwo na twarze zebranych wstąpiły uśmiechy. Nawet Ta Z Białymi
Włosami zaszczyciła mnie czymś co wyglądało na miks rozbawienia i grymasu.
Uroczo.
- Don, już
ją lubię.-stwierdziła Tori, jakbym była szczeniaczkiem darowanym pod choinkę.
Podeszła do mnie i wystawiła mi łokieć. Zgięłam rękę i przywitałyśmy się
łokciami.- Jestem Tori. Ta, od kolorów. Sorry Shir, paznokcie. Powodzenia, bo z
Donem, to ten staż sielanką nie będzie.- mrugnęła do mnie filetową powieką i
poszła usiąść na swoim różowym stanowisku. Rozłożyła się wygodnie i zaczęła
czytać jakąś codzienną prasę, uważając na krwistoczerwone paznokcie.
Potem
podeszła do mnie ta w czarnym ubraniu. Stuknęła mnie przyjacielsko w
ramię.
- Rebecca
Nelson. Manager interesu. Także wiesz, może i Don jest "szefem", ale
beze mnie to on leży i kwiczy. - uśmiechnęła się krzywo i posłała oczko do
Dona.
Następnie
podszedł do mnie chłopak z farbowanymi na pomarańczowo włosami, postawionymi na
sztorc. Był wielki i wyglądał na groźnego przestępcę, albo mafiosa. Jednak gdy
do mnie podszedł zawiało od niego różanymi perfumami i zauważyła, że na sto
procent facet malował sobie powieki. Ponadto, gdy mówił błysnęła na jego ustach
gruba warstwa pomadki.
-Noah
Driggers. Jeśli chcesz możemy gdzieś razem wyskoczyć. Zabalować. Znam kilka
fajnych miejsc...-mruknęłam coś niewyraźnie. Byłam pewna, że nie gustuję w tych
samych lokalach co on...
Na koniec
został najlepszy. Był mega, odjazdowo, zabójczo przystojny. Z wyglądu
przypominał tego wampa Edwarda Cośtam, którego grał Edward, to znaczy Robert
Pattinosn, tylko że ten tutaj nie był aż taki blady, gdy uśmiechał się nie
widać było wampirzych kłów i miał o wiele lepszy styl. Grunge? Chyba tak.
Podszedł do mnie niespiesznie i spojrzał w oczy. Miał czekoladowe tęczówki.
Lubię czekoladę.
- Hej,
jestem Roy Watkins. Ten od portretów.-przedstawił się facet. To był ten głos,
który naigrywał się z Tori.- Jak podoba ci się NY?- spytał przyjaźnie.
- Jest
spoko. Tylko dzisiaj potrąciły mnie dwie taksówki, ale u was chyba to norma.
Dzień uważaj za stracony, jeśli nie zaryjesz o maskę żółtej, co?- O matko, ale
ja jestem żałosna. Roy zaśmiał się uprzejmie i zasalutował luzacko, na
odchodnym. Kocham........kobieto, ogarnij dupę! Żadnych pieprzonych amorów-rozkazałam
sobie w myślach. Ludzie rozeszli się do swoich zajęć. Nikt już nie zwracał na
mnie uwagi. Chyba nawet usłyszałam, jak ktoś wchodzi do studia. Klient? Pewne
tak.
Koło mnie
rozległo się ciche chrząkanie. Byłam tak rozkojarzona, że w pierwszej chwili
nie zwróciłam na nie najmniejszej uwagi. Po chwili odgłos zrobił się bardziej
natarczywy, a gdy i to nie pomogło zostałam zdzielona czymś po głowie.
- Ej!- krzyknęłam
zdziwiona.
- Nie ej
księżniczko, tylko praca!- powiedział Don, wręczając mi mopa i wiaderko z
wodą.- Zaczynasz staż. A jak wszystkim wiadomo, od czego zaczyna się tu każda
robota?- spytał głośno z wyrazem chochlikowej satysfakcji wypisanej na
wytatuowanej twarzy. Reakcja była natychmiastowa:
- Mop! Mop!
Mop!- zaczęli skandować zebrani. Najgłośniej skandował Roy, śmiejąc się do
mnie, ale nie ze mnie. A to diametralna różnica. Wzruszyłam ramionami i
chwyciłam mopa i wiaderko z wodą i ruszyłam przez studio, ku wyjściu. Po
drodze i ja przyłączyłam się do chóralnego skandowania "mopa". I tak
właśnie zaczęła się moja przygoda życia. Mój staż.
______________________________________________
Wakacje! Mam nadzieję, że nie ma tu kujonów, którzy na wakacjach cierpią katusze z dala od swoich ukochanych przedmiotów typu chemia czy, o zgrozo, fizyka? Oby nie. Mam niezłą frajdę pisząc Inked i chciałabym aby każdy kto czyta też miał z tego zabawę. +D. Po dołującej Joe pora na ostrą jazdę z Shirley i pozostałymi. Mam nadzieję, że Wam się podoba. Cześć, Nara, Joł, Pokój, Naraziocha, czy co tam wolicie. Jestem tolerancyjna. +D
C.E.
Subskrybuj:
Posty (Atom)