Uwaga!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Elephant znaczy Mike

Po skończeniu roboty z mopem, z którym się poniekąd zdążyłam zaprzyjaźnić, jak stwierdził Don, dostałam kolejne zlecenie. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale to już było lekkie przegięcie! Don mianowicie zażyczył sobie gigantycznych ciastek z cukierni, gdzieś osiem przecznic dalej. Jakby tego było mało, miałam się po nie kopsnąć właśnie teraz, w największy ruch i to w pół godziny tam i z powrotem, co moim zdaniem było praktycznie niewykonalne. Ramiona opadły mi aż do podłogi i popatrzyłam smętnie na mojego szefa. Niestety moje szczenięce oczy dawały radę jedynie z moim tatą i czasami starszym bratem. Tutaj jakoś traciły na swojej mocy. Don tylko wziął się pod boki, zaśmiał nieco złośliwie i kopnął mnie w tyłek na odchodnym. Gdy wlokłam się już po schodach studia, patrząc na istny miejski busz, usłyszałam za sobą wołanie Dona:
- Tylko pamiętaj, pół godziny, bo głodni jesteśmy! Dla Tori z lukrem truskawkowym, dla mnie z czekoladą, dla Rebecki czarna kawa, dla Noah z budyniem waniliowym, a dla Roy'a z kokosem!
Odwróciłam się do niego i zasalutowałam luzacko z minął męczennicy.
- Się robi szefie.- krzyknęłam w odpowiedzi i ruszyłam żwawym krokiem do ich ulubionej cukierni " Coco". Nie wiedzieć czemu ciągle myślałam, o zamówieniu Roy'a. Zakodowałam sobie w głowie, że lubi kokosy. Tak na wszelki wypadek. Bo może kiedyś......Shirley ty idiotko, do kwadratu, rusz dupę, a nie myśl, że coś gdzieś kiedyś! A Roy może i jest przystojny i ma taki cudny głos i te jego oczy, a widziałaś usta? Maaaaaaaatko, ale on ma piękne usta. Rozmarzyłam się na całego, w ogóle nie myśląc gdzie idę. Nagle walnęłam o coś twardego i dużego, tak mocno, że wylądowałam na tyłku, całkowicie zdezorientowana.
- Ej, kobieto, co ty odstawiasz?- zapytał lekko poirytowany głos, gdzieś nade mną. Popatrzyłam tam, choć słońce świeciło mi prosto w oczy. Nade mną stał jakiś chłopak, ja wiem?, gdzieś mniej więcej w moim cholernym wieku. Pomógł mi wstać i wtedy, stojąc tuż koło niego stwierdziłam, że na pewni jest starszy. Był wysoki, przystojny, no ale jak zdążyłam zauważyć, w tym mieście mieszkają tylko sami piękni ludzie. Znieczuliłam się więc, na wygląd, bo tutaj nad każdym, łącznie z żulami, można by się pozachwycać.
- Przepraszam, ja tylko..........zamyśliłam się i, no tak: zamyśliłam się. Przepraszam. Nic ci nie jest? - byłam lekko powiedziawszy nie do końca sobą. Wiedziałam, że robię z siebie idiotyczną idiotkę, ale jakoś nie szło mi myślenie.
- Ty się mnie pytasz, czy nic mi nie jest? To nie ja przed chwilą, leżałem jak długi na tej brudnej ulicy, nie wiedząc gdzie jestem.- żachnął się chłopak.- Także, sorry, ale pozwól, że ja zapytam się ciebie, czy wszystko gra, bo wybacz, ale nie wygląda. No, chyba, że u ciebie tak zawsze....- zauważyłam, że dużo mówi. Zwykle to ja byłam, tą od podtrzymywania rozmów, gdy wszyscy milkli. A tu proszę, mój męski odpowiednik, który daje radę mnie zagadać! Stwierdziłam, że już go lubię.
- No i teraz się jeszcze tak dziwnie uśmiechasz! Boję się! Zaraz się na mnie rzucisz, tak? Okej, okej, ale daj mi się przygotować. Taki dramatyzm. Kiedyś chodziłem na kółko teatralne, dopóki, nie odkryto, że nauczycielka na każdych zajęciach była na haju. Fajna była, ale może dlatego, że naćpana.....Jestem Mike.- wyciągnął do mnie dużą dłoń.
- Shirley.- potrząsnęłam nią zamaszyście.
- To gdzie idziesz?- spytał Mike.- Bo gdzieś na pewno.
- Do cukierni "Coco".
- Lubisz słodycze?
-Raczej mój szef i jego pracownicy.
- Twój szef wysyła ciebie w środku dnia po ciastka dla niego? Norma. Ale, że idziesz też po coś dla pracowników? Nie-norma. To, że tak to ujmę: Kim ty jesteś?- zapytał zaciekawiony. Nawet nie zauważyłam jak ruszyliśmy razem w moją stronę, choć Mike przecież szedł zupełnie w innym kierunku, gdy na niego wpadłam.
- Jestem stażystką w studio tatuażu Black Ink Tattoo.- odpowiedziałam.
- Aaaaaaa, u Dona? Spoko gość. Ciągle do nas wpada na wódkę z sokiem ananasowym. Ty też czasem przyjdź, jeśli masz ochotę. Nasz pub " Elephant" to ten, który dopiero co otworzyli, zaraz koło waszego studia.
- Elephant? -spytałam ironicznie się uśmiechając.
- No taaaaaaaaaak, Nikt nie wie, dlaczego akurat tak się nazywa, a nie na przykład Duck czy Monkey.- Mike wzruszył ramionami.
- Może od tej piosenki Tame Impala?- spytałam.
- Od czego?- spytał rozbawiony.
-Taki zespół. Rock psychodeliczny? Nie kojarzysz?
- Ani trochę, ale to da się nadrobić... No i jesteśmy. - Mike przystanął.
Nawet nie zauważyłam kiedy znaleźliśmy się pod wielkimi, oszklonymi drzwiami gigantycznej cukierni "Coco". Mike przeprowadził mnie przez ten dziki tłum praktycznie bezboleśnie. Byłam mu wdzięczna. Dozgonnie. Jak te trzy pluszowe zielone maskotki kosmitów z  Toy Story, które przyczepiły się do tego ziemniaka i ciągle powtarzały: " Dozgonna wdzięczność". Weszliśmy do środka, a ja zrobiłam zakupy. Przez chwilę musiałam główkować nad tym, jakie ciastko chciał Roy.
Potem wyszliśmy i ruszyliśmy znów razem w drogę powrotną. Mike kupił wielkie waniliowe ciacho z czekoladową posypką. Jedliśmy je na spółkę po drodze, dziobiąc je jak kury. Przez cały czas rozmawialiśmy i śmialiśmy się jak starzy dobrzy kumple z podwórka. Chłopak zrobił wielkie oczy, gdy dowiedział się, że nie jestem na żadnej diecie i jem wszystko, na co mam ochotę.
- Ale jak to? No przecież, ale że....jesteś taka no-dukał, przyglądając mi się.
- No co? Dziewczyna chyba może jeść co chce i nie mieć wyrzutów sumienia.- Zostało nam jeszcze z pół ciacha, więc wzięłam wielki kawał i wsadziłam go ostentacyjnie do ust. Pogryzłam go i  z trudem przełknęłam, tyle sobie nawaliłam. Mike patrzył na mnie z rozdziawionymi ustami. Mrugnęłam do niego zadziornie. Czasami opłacało się mieć szaleńczo szybką przemianę materii.
Doszliśmy w końcu do drzwi studia.  Nie wiedzieć czemu zrobiło się nieco niezręcznie. Mike uśmiechnął się do mnie promiennie i podsunął resztę ciastka. Wzięłam je od niego odwzajemniając uśmiech.
- To tego, ja już chyba pójdę. Miło było cię spotkać Shirley. Jakby co to zawsze możesz mnie spotkać w "Elephant". Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.-wydukał w końcu.
- Ej, wpadnę na pewno. Jak mogłabym nie zrewanżować się, za to ciacho?- Upssss, dwuznaczny tekst. Nie chciałam, ale wyszło fajnie. Mike zaśmiał się cicho, wsadzając dłonie w kieszenie.
- No to na razie!- pożegnał się Mike.
- No, tylko pamiętaj, żeby przygotować się z whiskey, bo jestem ostrą zawodniczką!- krzyknęłam za nim, na co on parskną śmiechem i pokręcił z rozbawieniem głową. Zanim zniknął za zakrętem posłał mi szelmowskie perskie oko.
Nucąc pod nosem weszłam do studia. Było tu zimno. Ach, zbawcza klimatyzacja! Podniosłam wzrok. Don już na mnie czekał. Nie miał za ciekawej miny. Wyglądał jakby wypił przeterminowany rok jogurt pitny. Popatrzyłam na zegar. Spóźniłam się! O dwie minuty!
- Przepraszam, że się spóźniłam.-powiedziałam, patrząc na swoje buty. Don podszedł do mnie.
- Słonko, wiesz, tu nie chodzi o to ile szłaś, ale z kim -powiedział surowo.
- Och, ja no nie wiedziałam. Wpadłam na niego i jakoś tak wyszło, że Mike poszedł ze mną i no tego....mam ciastka i kawę.-poczułam jak się czerwienię.
- Na przyszłość, żeby była jasność. Żadnych amorów podczas pracy. Tu czy nawet jakbym cię wysłał na Księżyc, jasne?- powiedział, siląc się na groźny ton, choć już słyszałam, że zaczyna się śmiać. - A tak w ogóle, to Mike jest całkiem spoko, tylko żebyście się nie migdalili na moich oczach.- Don parsknął śmiechem. Musiałam mieć genialną minę. Co? Ja? Mike? Nieeeeeeeeeee. Podniosłam oczy, żeby zaprotestować. Moje spojrzenie pochwyciło wzrok Roy'a, który z nieodgadnioną miną stał z tyłu opary o framugę drzwi do toalety dla personelu. No i pięknie. Teraz to już mam przesrane na całej linii!  A myślałam, że może ja i Roy. Roy i ja. A, w sumie to nieważne...
Do końca dnia wciąż byłam popychadłem Dona. Robiłam wszystkie głupie rzeczy. Wszystko, co szef każe, jasne, jasne.
Wieczorem, gdy zbierałam się do wyjścia podeszła do mnie Tori. Nie wiedzieć kiedy zdążyła się przebrać w krwistoczerwoną króciuteńka sukienkę na skomplikowanych ramiączkach i czarne szpilki, wysokie do nieba. Uśmiechnęła się do mnie ciemnoczerwonymi wargami.
- Shirley, wiesz idę dzisiaj z m o i m nowym chłopakiem do pubu Elephant- krzyknęła głośno, żeby usłyszał ją pewien cholerny niedowiarek- i pomyślałam sobie, że może zabrałabyś się z nami, co? -spytała.
Zdziwiłam się. Byłam zmęczona i ubrana w zwykłe jeansy, koszulkę i trampki, przez co przy odpicowanej Tori wyglądałam co najmniej żałośnie.
- No nie wiem...- powiedziałam przygryzając wargę.
- Oj, nie daj się prosić! Będzie Mike...-dodała niby to od niechcenia. Na jej słowa poczerwieniałam i zazgrzytałam zębami. Widząc moją agresywną reakcję Tori szybko dodała:
Okej, okej. Nieważne. Mike jest nieważny. Spoko załapałam. To jak? Idziesz?- popatrzyłam na nią uważnie.
- Zaciągniesz mnie tam nawet jeśli się nie zgodzę?- spytałam podejrzliwie.
-Oczywiście!- odpowiedziała wesoło. Nie było wyjścia. Westchnęłam, zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam za Tori ze studia.
________________________________________
Hej ludziska. Upał masakryczny. Mój komputer ledwo chodzi. Nic mi się nie chce, wszyscy gdzieś wyjechali..... Wakacje! Jupiiiiiiiiiiii.


wtorek, 1 lipca 2014

Black Ink Tattoo




Poniedziałkowy poranek Nowego Yorku. Cholera, nienawidzę poniedziałków. Biegłam rozpychając się łokciami, w dzikiej furii człowieka prawie spóźnionego w pierwszy dzień wymarzonego stażu. Nie miałam humoru. Najmniejszego. Byłam masakrycznie zła. Na cały świat, a w szczególności na moją kuzynkę, która pozwoliła mi zaspać, bo w nocy balowała i teraz leżała bez życia, nawalona do nieprzytomności, gdzieś u jakiegoś kumpla brata jej chłopaka imieniem Bob. Bob  też był poniekąd pijany, co nie omieszkał mi oświadczyć, śpiewając przez telefon narodowy hymn Rosji. Boże, skąd on go znał?
W biegu spojrzałam na mój niezniszczalny zegarek, który lądował już chyba we wszystkich możliwych substancjach. Podziwiałam jego wolę przetrwania. Na jego tarczy odczytałam godzinę 7,55. Za pięć minut zostanę wylana na zbity pysk, zanim jeszcze moja noga postanie w studiu. Genialne. Rekord Guinnessa w wylatywaniu z roboty - Shirley Wilson. No, ja się chyba zabiję.
Nie patrząc na ciąg pędzących aut, w przypływie gigantycznej desperacji, wbiegłam z rozpędu na ulicę. Zostałam prawie potrącona przez dwie żółte królowe ulic Nowego Yorku i to jednocześnie! Przebiegłam na drugą stronę, nawet się nie oglądając. Za sobą usłyszałam serię przekleństw i wyzwisk jednego z taksówkarzy. Facet miał fajny akcent, ale na tym jego " fajność" się skończyła. Pokazałam mu na oślep środkowy palec. Trudno, najwyżej od dzisiaj nie będę mogła jeździć taksówkami. W sumie, to lubię biegać. W takim razie.
Zziajana, spocona i zapewne epicko czerwona na twarzy dopadłam wreszcie poręczy schodów, wiodących do upragnionego przeze mnie miejsca. Po takim sprincie, przez dwie dzielnice, tej dzikiej metropolii człowiek po prostu czuje, że ma astmę. Dosłownie. 
Popatrzyłam na zegarek. Ooooooo tak, za dwie ósma. I kto tu jest górą? No kto? I wszyscy razem: Shirley! Pozwoliłam sobie na szybki taniec szczęścia. Wcale nie obchodzili mnie ci wszyscy ludzie na ulicy, którzy patrzyli się na mnie, gdy podrygiwałam, jak porażona prądem podczas suszenia włosów na basenie.
Ogarnęłam się szybko, zmierzwiłam jeszcze bardziej włosy i niemal w podskokach dopadłam metalowej klamki w kształcie głowy ryczącego lwa. Podniosłam oczy do góry, na dobrze widoczny, biały szyld napisany gotyckimi literami: Black Ink Tattoo. Napis miał też neon. Odlot-pomyślałam. Wchodząc do studia tatuażu, o mało nie posikałam się ze szczęścia.
W środku przywitała mnie rock 'n' rollowa muzyka może z lat sześćdziesiątych. Przesunęłam oczami po całym pomieszczeniu. Od razu mi się spodobało. Były tu czarno-białe płytki z czerwonymi fugami, czarne ściany o chropowatej powierzchni z licznymi dyplomami i kopiami starych zdjęć tatuażystów z białych ramkach. Gdzieniegdzie ktoś nakleił na ściany, nieco krzywo, wielkie plakaty wytatuowanych ludzi i plakaty modeli starych gitar elektrycznych. Pod jedną z takich gitar stała długa sofa z czarnymi, skórzanymi poduchami i różową, puchatą płachtą. Aż chciało się tam usiąść i nie wstawać.
Dopiero po chwili zauważyłam, że ktoś mi się przygląda. Facet miał śniadą, nieco żółtawą skórę, mnóstwo tatuaży, duże ciemne i podkrążone oczy oraz czarne wąsy. Był wysoki i patrzył na mnie opierając się o duży kontuar z ciemnego drewna. Nieco niepewnie podeszłam do niego. 
- Ty to pewnie ta chica na staż.-zagaił facet, nadal taksując mnie wzrokiem. Nazwał mnie "chica". Nie uczyłam się hiszpańskiego, ale od razu wiedziałam jakiej narodowości jest stojący przede mną gość.
- No tak, ja do....- zaczęłam, ale facet przerwał mi machnięciem ręki.
- Si, si ty do Dona. Espera un poco, dobra?- powiedział i nie czekając na odpowiedź, oddalił się w głąb studia. Miał śmieszny, chybotliwy sposób chodzenia. Jak kaczka, albo ja wiem, gęś? 
Nie minęła minuta, jak wrócił. Towarzyszył mu niski, korpulentny, łysy facet z wytatuowaną całą czaszką. Na mój widok grubas rozłożył ręce jak ojciec i uśmiechną się ukazując żółte zęby palacza. 
- No i jest moja stażysta!- krzyknął tubalnym głosem.- Idealnie. Nie za wcześnie. Nie za późno. Już cię lubię.- odetchnęła z duchu z ulgą. Hahah, jasne, jasne. Gdyby Don wiedział o moim biegu i taksówkach. No ale nie wiedział...
Mój szef podszedł do mnie i uścisnął mi rękę. Miał grube, duże, ciepłe dłonie. Zupełnie jak niedźwiadek-pomyślałam. 
- Chodź-powiedział zagarniając mnie ręką.-Poznam cię z ekipą. To jest Ben Rivas. -powiedział, wskazując wolną ręką na tego Hiszpana od "chici".  Wybacz mu małomówność. Normalnie jest bardziej wygadany, ale wczoraj świętował otwarcie nowego pubu, o tu za rogiem i no cóż, chyba przyrzekł sobie że spróbuje wszystkich możliwych kombinacji drinków, jakie tam dają. Teraz męczy go oooooooogromny kac, co nie Ben?- zażartował Don. Ben w odpowiedzi mruknął coś pod nosem po hiszpańsku i odwrócił się do nas plecami. Don wzruszył ramionami i popchnął mnie przed siebie w głąb studia. 
Tamto pomieszczenie było o wiele większe i przestronniejsze. Większość miejsca zajmowały tu stanowiska pracy. W oczy rzuciło mi się jedno z różowym fotelem i napisem z kryształków: Tori. Nikogo tu nie było. Nie licząc Dona i mnie.
- Ej, ludzie, gdzie was wcięło?- krzyknął Don.- Na stanowiska, ale migiem! 
 Nagle z pomieszczenia obok wysypała się cała banda kolorowych i nietuzinkowych nowojorczyków.  Śmiali się, żartowali. Jedna z dziewczyn o niebieskich, krótkich kucykach chuchała ukrytkiem na paznokcie. Nie uszło to uwadze mojego towarzysza. 
- E, Tori, co ja mówiłem o malowaniu paznokci w godzinach pracy?- Dziewczyna imieniem Tori, przewróciła oczami i uśmiechnęła się przymilnie do swojego szefa. 
- Oj, no weź Don. Bądź człowiekiem.-powiedziała piskliwym, nosowym głosem.- Pierwszego do dziarania mam dopiero na jedenastą, a dzisiaj wieczorem mam randkę...
-TY i randka. Stara, jakbym cię nie znał, to może bym ci uwierzył, że idziesz na bingo z babcią!- żachnął się jakiś ładny męski głos, gdzieś za wysoką dziewczyną, ubraną od góry do dołu w skórzane, czarne fatałaszki. Rozległ się grupowy śmiech. Tori z pomalowanymi paznokciami, wykrzywiła się tylko, do niewidocznego dla mnie chłopaka i wróciła do dmuchania na lakier.
Dziewczyna z długimi, brązowymi włosami o białych końcówkach, zarzuciła włosami jak modelka na sesji zdjęciowej do Voyage. 
- Don, to nasza nowa stażystka? - spytała dziewczęcym, lekko sepleniącym głosem. Zauważyłam, że miała dość dużą przerwę między górnymi jedynkami. Nie wiem czemu, ale coś w jej pozie i w sposobie jaki na mnie patrzyła kazało mi ją znienawidzić. Tak na dzień dobry. Pomyślałam, że z niej niezła suka.
- Acha. Ludzie, to Shirley. Shirley, to ludzie.- przedstawił mnie Don. Zaległa głucha cisza i zrobiło się dość niezręcznie. 
- Eeeeee, no hej, joł, siema, pokój, czy jak tam wolicie. Jestem tolerancyjna. -palnęłam głupio. O dziwo na twarze zebranych wstąpiły uśmiechy. Nawet Ta Z Białymi Włosami zaszczyciła mnie czymś co wyglądało na miks rozbawienia i grymasu. Uroczo. 
- Don, już ją lubię.-stwierdziła Tori, jakbym była szczeniaczkiem darowanym pod choinkę. Podeszła do mnie i wystawiła mi łokieć. Zgięłam rękę i przywitałyśmy się łokciami.- Jestem Tori. Ta, od kolorów. Sorry Shir, paznokcie. Powodzenia, bo z Donem, to ten staż sielanką nie będzie.- mrugnęła do mnie filetową powieką i poszła usiąść na swoim różowym stanowisku. Rozłożyła się wygodnie i zaczęła czytać jakąś codzienną prasę, uważając na krwistoczerwone paznokcie.
Potem podeszła do mnie ta w czarnym ubraniu. Stuknęła mnie przyjacielsko w ramię. 
- Rebecca Nelson. Manager interesu. Także wiesz, może i Don jest "szefem", ale beze mnie to on leży i kwiczy. - uśmiechnęła się krzywo i posłała oczko do Dona. 
Następnie podszedł do mnie chłopak z farbowanymi na pomarańczowo włosami, postawionymi na sztorc. Był wielki i wyglądał na groźnego przestępcę, albo mafiosa. Jednak gdy do mnie podszedł zawiało od niego różanymi perfumami i zauważyła, że na sto procent facet malował sobie powieki. Ponadto, gdy mówił błysnęła na jego ustach gruba warstwa pomadki.
-Noah Driggers. Jeśli chcesz możemy gdzieś razem wyskoczyć. Zabalować. Znam kilka fajnych miejsc...-mruknęłam coś niewyraźnie. Byłam pewna, że nie gustuję w tych samych lokalach co on...
Na koniec został najlepszy. Był mega, odjazdowo, zabójczo przystojny. Z wyglądu przypominał tego wampa Edwarda Cośtam, którego grał Edward, to znaczy Robert Pattinosn, tylko że ten tutaj nie był aż taki blady, gdy uśmiechał się nie widać było wampirzych kłów i miał o wiele lepszy styl. Grunge? Chyba tak. Podszedł do mnie niespiesznie i spojrzał w oczy. Miał czekoladowe tęczówki. Lubię czekoladę. 
- Hej, jestem Roy Watkins. Ten od portretów.-przedstawił się facet. To był ten głos, który naigrywał się z Tori.- Jak podoba ci się NY?- spytał przyjaźnie. 
- Jest spoko. Tylko dzisiaj potrąciły mnie dwie taksówki, ale u was chyba to norma. Dzień uważaj za stracony, jeśli nie zaryjesz o maskę żółtej, co?- O matko, ale ja jestem żałosna. Roy zaśmiał się uprzejmie i zasalutował luzacko, na odchodnym. Kocham........kobieto, ogarnij dupę! Żadnych pieprzonych amorów-rozkazałam sobie w myślach. Ludzie rozeszli się do swoich zajęć. Nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Chyba nawet usłyszałam, jak ktoś wchodzi do studia. Klient? Pewne tak.
Koło mnie rozległo się ciche chrząkanie. Byłam tak rozkojarzona, że w pierwszej chwili nie zwróciłam na nie najmniejszej uwagi. Po chwili odgłos zrobił się bardziej natarczywy, a gdy i to nie pomogło zostałam zdzielona czymś po głowie. 
- Ej!- krzyknęłam zdziwiona.
- Nie ej księżniczko, tylko praca!- powiedział Don, wręczając mi mopa i wiaderko z wodą.- Zaczynasz staż. A jak wszystkim wiadomo, od czego zaczyna się tu każda robota?- spytał głośno z wyrazem chochlikowej satysfakcji wypisanej na wytatuowanej twarzy. Reakcja była natychmiastowa:
- Mop! Mop! Mop!- zaczęli skandować zebrani. Najgłośniej skandował Roy, śmiejąc się do mnie, ale nie ze mnie. A to diametralna różnica. Wzruszyłam ramionami i chwyciłam mopa i wiaderko z wodą i ruszyłam przez studio, ku wyjściu.  Po drodze i ja przyłączyłam się do chóralnego skandowania "mopa". I tak właśnie zaczęła się moja przygoda życia. Mój staż.

______________________________________________ 
Wakacje! Mam nadzieję, że nie ma tu kujonów, którzy na wakacjach cierpią katusze z dala od swoich ukochanych  przedmiotów typu chemia czy, o zgrozo, fizyka? Oby nie. Mam niezłą frajdę pisząc Inked i chciałabym aby każdy kto czyta też miał z tego zabawę. +D. Po dołującej Joe pora na ostrą jazdę z Shirley i pozostałymi. Mam nadzieję, że Wam się podoba. Cześć, Nara, Joł, Pokój, Naraziocha, czy co tam wolicie. Jestem tolerancyjna. +D

                                                                                                                                            C.E.