Jestem artystyczną duszą. Od małego tylko rysowałam. Kredki, farby, ołówki. Bez znaczenia, co.
Byle tylko tworzyć. Czasami nawet nie potrzebowałam kartki...
Raz, gdy byłam jeszcze małym smarkiem, nie mogłam spać. Właśnie świtało. Z pokoju obok dochodziło potężne chrapanie mojego taty, co chyba też nie było bez znaczenia, jeśli chodzi o moją wczesną pobudkę. Pamiętam, że po prostu poszłam na palcach do łazienki, wspięłam się na skraj wanny i chwyciłam dużą kosmetyczkę mamy, w której były wszystkie jej kosmetyki. Wzięłam jedną szminkę. Później dowiedziałam się, że wybrałam tę
najdroższą. Od dziecka miałam nosa do kosmetyków z górnej półki.I tak już mi zostało.
Podczas gdy mama z tatą nadal smacznie spali, ja-ich kochana córeczka,
wróciłam do swojego pokoju i usiadłam przy pustej, jasnej ścianie. I co
zrobiłam? Zaczęłam maziać po całej powierzchni ściany, maminą szminką. Nie były to jednak zwykłe dziecięce
bazgroły. Nie. Ja malowałam świadomie. Piękne księżniczki, smoki.
Spróbowałam też namalować rycerza na koniu, ale przyznam szczerze, że
wcale mi nie wyszedł.
Gdy mama wstała i przyszła do mnie, moje ścienne malunki o mało nie
zwaliły jej z nóg. Na początku myślałam, że aż tak jej się spodobały.
Biedna kilkuletnia ja. Mama długo się wściekała. Nie jestem pewna czy z
powodu ulubionej, drogiej szminki, czy dlatego, że tłustego kosmetyku za
nic nie dało się usunąć...
Po latach wciąż uwielbiałam ten zmasakrowany kącik. Za każdym razem, gdy patrzyłam na te, nieco sprane chemicznymi próbami mamy, bazgroły, z uśmiechem na twarzy, przypominałam sobie swoje dzieciństwo.
W końcu nauczyłam się rysować. Jak należy. Skończyłam szkołę plastyczną z wyróżnieniem. Tak, jest się czym chwalić. Później poszłam na artystyczne studia, gdzie dostawałam stypendia. Ludziom podobała się moja twórczość. Tak mi się zdaje. Gdzieś tam po drodze, pomiędzy jedną, a drugą wystawą, zakochałam
się. Nie, nie w chłopaku, choć byłoby zabawnie, nie powiem. Zakochałam się w tatuażach. Wyjechałam do
Nowego Jorku, gdzie ludzie robią codziennie miliony rysunków, z kolorowego tuszu, na ciele.
Nowy Jork, gdzie pracują najlepsi tatuażyści na całym świcie. Nowy Jork.
Miejsce, gdzie ja- Shirley Wilson właśnie zaczynam swój wyśniony staż. Staż na tatuażystkę!
________________________________________________
A tak mi się pomyślało, czemu nie napisać czegoś takiego? Miałam kiedyś fazę na tatuaże. Interesowała mnie ta sztuka, która jest naprawdę bardzo trudna i trzeba lat, aby coś takiego opanować do perfekcji. Tatuaże przecież zostają na całe życie... Shirley jest jednak dobrą kandydatką na stażystkę. Mam nadzieję, że Was nie zawiedzie. Miłego czytania +D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz